Fotorelację z LHR czas zacząć. Z góry ostrzegam, że wątek będzie miał kilometr długości, bo raz, że zdjęć od groma, to jeszcze jetphotos coś przekombinowało z miniaturkami i nie da się upchnąć 2-3 w rzędzie.
Tradycyjnie najpierw trochę opowieści. Pomysł wyjazdu na jakieś duże lotnisko chodził mi po głowie już od zeszłego roku. Z tym, że myślałem o CPH lub DUS, bo miałby to być wypad jednodniowy. FRA, AMS i LHR odrzucałem, bo na jeden dzień nie ma sensu tam lecieć. Problem z CPH czy DUS był taki, że musiałbym lecieć z WAW, bo z POZ to wiadomo... No i tak po dłuuugim czasie namysłu, stwierdziłem, że może jednak Londek na dwa dni. Szybkie ogarnięcie rozkładu jazdy , bileciki kupione, nocleg zarezerwowany i oczekiwanie. Na miesiąc przed wyjazdem pierwszy zgrzyt - otóż WZZ postanowił, że będzie zabawnie zmienić mi godzinę wylotu z LTN z 21:45 na 16:30... bo zmiana rozkładu jazdy... widocznie w styczniu, kiedy rezerwowałem bilety ktoś zapomniał, że po drodze jest zmiana na sezon letni. Jakby nie było 4h focenia mniej - a w związku brak możliwości ustrzelenia Bimana, 747 Emirates Cargo i czegoś tam jeszcze, nie pamiętam nawet czego. Mówi się trudno, przecież i tak będzie co robić.
Zaopatrzony w 3 baterie, 5 32-gigowych kart pamięci wyruszam z domu (jak się potem okazało, działałem tak oszczędnie, że wystarczyły dwie karty - ale to tylko dlatego, że nie robiłem więcej niż 6 zdjęć na samolot). O samym locie pisać nie będę, bo nie ma w zasadzie o czym. Do LTN lecę HA-LWB, gdzie fotele są zakoszone chyba z jakiegoś przedszkola, bo siedzisko mam tylko do połowy uda, a wysoki nie jestem. Po drodze, gdzieś nad Niemcami zaliczam mijankę z B744 UPSa, ale na małym aparacie mam tylko 50mm, więc sobie można. Lądowanie w LTN takie, że urywa kręgosłup i kołowanie po stukających jak polskie drogi taxiwayach. Terminal arr - masakra. Dworzec centralny w Wawie przed remontem był w lepszym stanie. Ale zasadniczo wszystko to mi nie przeszkadza, bo piękna pogoda. Łapię autokar National Express i jazda na LHR, a tam...
Ruch. I to taki, że naprawdę, rany julek. Non stop. Samolot za samolotem. Siedziałem tylko na miejscówkach przylotowych, więc widziałem połowę tego co tam się dzieje. Najdłuższa przerwa między lądowaniami trwała może 2 minuty, a i to miało miejsce może ze 2 razy. To jest naprawdę nie do uwierzenia, że można taki natłok samolotów ogarnąć na jednym pasie (po drugi tylko dep). Włączam skaner i drugi szok. Pani kontroler śpiewającym głosem obrabia cały ten bałagan, zero zająknięć, zero czegokolwiek, a najlepsze jest to, że właściwie gada mniej niż my w POZ czy WRO przy ruchu takim jaki mamy. Do każdego samolotu maskymalnie 3-4 trasmisje. Genialny przykład na to, że dobrze zrobione procedury ściągają z ATCo kupę roboty. I żaden pilot nie narzeka, że musi prędkość redukować, albo, że jest numer ochnasty do podejścia. Wszyscy robią to, co do nich należy i nikt nie kwęka. A u nas przyleci RYR do kupy z LOTem i wieczne fochy dlaczego tamten jest pierwszy, a my jesteśmy dwóją, i żalenie się na częstotliwości...
W międzyczasie nad Londynem pojawiają się cummulsy, co nie jest straszne, pod warunkiem, że nie rzucają cienia na samoloty. Do tego wieje północny wiatr, więc pomimo słońca zimno jak diabli. Pod wieczór zaczęły się pojawiać CBki dająć piękne, ciemne tło. I przy okazji opad gradu;)
Ale nic to. Docieram na Myrtle Avenue i zaczyna się zabawa

Część I:























cdn:)